czwartek, 8 listopada 2012

Najniebezpieczniejszy zawód świata

Jeśli chodzi o najniebezpieczniejsze zawody świata, to wymieniłbym: poławiaczy krabów z Discovery, tresera wściekłych tygrysów i sprzedawczyni w Kreciku przy św. Marcina.

Te kobiety muszą obsługiwać zgraje pijanych idiotów. Kilka razy robiłem tam po pijaku mistrzowskie żarty w stylu: "poproszę wszystko". Albo pytałem ile kosztuje Jack Daniels, niska sprzedawczyni szła specjalnie po drabinę, aby sprawdzić, a ja odpowiadałem: "to poproszę jednego Harnasia". Równie zabawne było dopisywanie markerem do promocji powiedzmy "chleb 2 złote", "dupa 3 złote".

Byłem kiedyś świadkiem jak jakiś debil się awanturował 10 minut, bo było mu przykro, że kartą można płacić od 10 złotych. Innym razem poprosiłem o zważenie jajka niespodzianki, ponieważ chciałem wylosować figurkę, a nie samochodzik do składania. Kolega skomentował, że mam wypierdalać, bo nie chce mu się czekać. Ja wyszedłem nieświadomy, nawet tego nie słysząc. Okazało się, że spowodowałem regularną bitwę na pół ulicy, bo ten komentarz nie spodobał się drugiemu koledze. Sprzedawczyni potem żartowały, że wywieszą moje zdjęcie obok złodziei, że nie mam tu wstępu.

Wczoraj chyba miały i tak najgorzej. Do sklepu wszedł mężczyzna, który chciał kupić kiełbasę i który miał swój kał w hajdawerach. Jak długo żyję, nie czułem jeszcze takiego aromatu. Ludzie w kolejce byli bladzi, jedna sklepikarka musiała wyjść na świeże powietrze. Ja wszedłem na trzeźwika do sklepu i przyrzekam, że od tego samego zapachu zwróciłem zawartość żołądka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz